| | Konradowi, w podziękowaniu
za Wszystko |
Nie umiem wspominać tego biegu inaczej, niż przez porównanie do tego, co zrobiliśmy
z Konradem Różyckim w Bieszczadach rok wcześniej. Nie umiem. W roku 2007 wzięłam udział w IV Biegu
Rzeźnika tylko dzięki namowom Konrada, który zaprosił mnie do swojej drużyny i był cały czas święcie przekonany
o tym, że dam radę przebiec ten dystans (76km po górach). I miał rację. Wówczas na mecie pojawiło się marzenie,
aby pokonać także dodatkowy hard-core´owy odcinek z Ustrzyk do Wołosatego, ale Konrad mi odradził.
Z perspektywy czasu i pokonania go w 2008 roku przyznaję mu rację - dużą, wielką, ogromną RACJĘ.
W roku 2007 było upalnie, nogi miałam bardziej umęczone, a stopy zmasakrowane. Być może i dodatkowy
odcinek udałoby się jakoś pokonać, ale koszt byłby ogromny. Bez sensu. Biegamy przecież dla przyjemności, a nie po
to, aby się umordować. A szczęścia, wzruszenia i dumy na mecie i tak miałam pod dostatkiem. Marzyłam o wydłużonym Biegu Rzeźnika, a zima była dla mnie
łaskawa, bo łagodna, więc bez przerwy mogłam biegać i jeździć na łyżwach. Udało mi się także poćwiczyć trochę ze
znajomymi na słynnej warszawskiej hali Siennicka, co było miłym urozmaiceniem i ubogaceniem dotychczasowego
treningu i być może to także przyczyniło się do poprawienia wyników w biegach górskich w Falenicy.
Żałowałam, że doba nie ma przynajmniej godziny dodatkowej, którą z chęcią wykorzystałabym na jogę lub
basen. Pewnego razu na Siennickiej zagajam Konrada o Rzeźnika 2008.
Wydawało mi się naturalne, że pobiegniemy razem. Tymczasem szok - Konrad planuje w tym sezonie Lajkonika, czyli
bieg 24-godzinny, a termin Rzeźnika jest zbyt blisko, aby ryzykować te dwa starty. Konrad proponuje mi bieg
z jakąś dziewczyną. Z dziewczyną? Pozagryzamy się na trasie. Chyba, żeby to była Ela albo Ania, ale Ela nie
może ze względu na kolana, a Ania bardzo się boi i już zdaje się, że ma partnera z klubu. Rozpaczliwie
szukam rozwiązania. Rozważam różne scenariusze. Bez Konrada w Bieszczady nie jadę. Szczęście mi sprzyja, bo
okazuje się, że termin Rzeźnika zostaje przesunięty o tydzień do przodu, a trener Darek Sidor nie zabrania
Konradowi pobiec w Bieszczadach - ba! nawet zaleca zrobienie także hard-core´a. Rewelacja! Mamy już drużynę!
Dobry, kochany, sprawdzony partner, dla którego moje słabości nie są tajemnicą. Od tego czasu każde z nas realizuje swoje treningi
i dopiero na kilkanaście dni przed biegiem wymieniamy się wiadomościami. Ja informuję, że czuję się lepiej
przygotowana niż rok temu, a Konrad opisuje mi swoje przygotowania do biegu dobowego, czym zupełnie mnie uspokaja,
bo czuć po tym, że jest w świetnej formie. Z wielką pomocą rusza do akcji moja mama - obiecuje zaopiekować
się moimi dziećmi podczas tego weekendu, a dodatkowo namówiła mojego tatę, aby pojechał z nami - ma służyć
nam jako transport i przy okazji dobrze się bawić. Na wieść o wolnych miejscach w aucie natychmiast
reaguje Bartek, syn Konrada, który decyduje się jechać z nami. Wysyłam do Konrada mejla z listą rzeczy, które
zabieram ze sobą z prośbą o dopisanie uwag lub dodanie czegoś, o czym zapomniałam. Nic nie dopisuje,
tylko pyta po co mi kijki i śpiwór. A tak, żeby mieć. Niech sobie leżą na wszelki wypadek w aucie. Nigdy nic
nie wiadomo. Ruszamy z Warszawy w piątek o godz. 11. Przebijamy się
przez korki. W drodze pytam Konrada, czy pakując się korzystał z mojej listy. "Nie, ale i tak mam
poczucie, ze czegoś zapomniałem". "No wiesz, nie chodzi mi o to, czy zabrałeś ze sobą dwie sztuki b..." - zacięłam
się - nie zabrałam biustonoszy! Żadnego. Tylko to co mam na sobie. Jasny gwint!
Jedziemy, długo jedziemy. Trochę się gubimy, zmieniamy trasę, ale nie nadkładamy za bardzo drogi, choć jedziemy
okrężnie. Po drodze nie udaje nam się wypatrzeć porządnej karczmy, dlatego obiad jemy na stacji benzynowej. Tacie
smakuje, ale my nie jesteśmy zachwyceni. Ja po cichu liczę jeszcze na makaron na pasta-party. Dojeżdżamy do Woli
Michowej, gdy już trwa odprawa. Akurat Mirek skończył mówić o zmianach na trasie - dlatego o szczegóły
dopytuję znajomych. Dowiaduję się, że aby iść na dodatkowy odcinek hard-core trzeba dotrzeć do Ustrzyk do godz. 16.00 -
to w praktyce oznacza, że jeśli chcemy tam iść, to musimy pokonać dłuższą drogę w podobnym jak rok temu
czasie. To mnie niepokoi. Potem długa kolejka do rejestracji, długa do odebrania kluczy do pokoju. W końcu udaje
się wszystkie formalności załatwić - nasza drużyna 4C# ma nr 3, a w pokoju jesteśmy jeszcze z dwoma
debiutującymi chłopakami. Zarówno ja jak i Konrad wybieramy dolne łóżka na piętrówkach, co dopiero nazajutrz
okazuje się naprawdę dobrą decyzją. Makaron na pasta-party niezbyt smaczny, ale smak jest mi już obojętny. Dopycham
ptasim mleczkiem, którym częstują organizatorzy. Zaczynam się naprawdę denerwować. Przed nami jeszcze kupa roboty -
rozrabianie izotonika (9 litrów), pakowanie worków na przepaki, szykowanie ubrania, termosów, napojów i jedzenia
"na rano". Dochodzi godz. 23. Teraz tylko szybka kąpiel, budzik nastawiony na godz. 2.30 i do łóżka. Nie mogę zasnąć. Wszyscy dookoła już oddychają spokojnie, miarowo,
nawet delikatnie pochrapują, a ja leżę i nic. Ciagle myślę o tym, czy na pewno wszystko mam
przygotowane, czy o czymś nie zapomniałam. Przebiegam myślami po trasie, po sobie. Chyba wszystko co najważnejsze
jest gotowe, z jakimiś brakującymi błahostkami jakoś sobie poradzę. Wiem, że nie zasnę roztrząsając całą noc
sprawę ekwipunku, więc sama siebie przekonuję, że wszystko jest OK, staram się rozluźnić. Rozluźniam. Ale sen nie
przychodzi. Co jakiś czas zerkam na zegarek. Chcę, aby już można było wstawać. Mija północ. Trochę się kręcę. Chyba
jednak przysypiam na chwilę, bo kolejny raz spoglądam na zegarek i jest już prawie wpół do drugiej. Wstaję do
toalety. Na korytarzu spotykam Wasyla, który z uśmiechem oznajmia: "Leje!". Tego się obawiałam. Patrzę przez okno
- rzeczywiście pada i widzę nawet błyski piorunów. Zaczynam się bać. Piszę rozpaczliwego SMSa do Eli, mając
nadzieję, że przeczyta dopiero rano. Jaka jestem zaskoczona i zawstydzona, gdy po paru chwilach przychodzi
odpowiedź. Jejku, nie chciałam jej obudzić. Potem dopiero dowiem się od niej, że nie obudziłam - chwilę wcześniej sama
wstała i przez przypadek usłyszała sygnał telefonu i dlatego natychmiast odpisała. Jak mi to było potrzebne!
- kilka ciepłych, wspierających słów do przyjaciółki, od kogoś, kto we mnie wierzy i dobrze mi życzy. I jak tu nie
wierzyć w telepatię? Nareszcie zaczyna się na korytarzu ruch i gwar. W końcu
i do naszego pokoju zawitał Wasyl ze śpiewem na ustach i głośną wiadomością, że trzeba wstać. Akurat mój Tato
i Bartek mogli jeszcze pospać, bo ruszają na przepak w Smereku dopiero za parę godzin. Szykujemy się
sprawnie. Kilkanaście minut i wychodzimy na dwór - nie pada. Do autobusu się nie mieścimy, ale zaraz ma przyjechać
następny. Jednak zabiera nas Kuba swoim autem. Cały czas dopycham się jeszcze rogalikiem i piwem karmelowym. Na
miejscu jak zwykle - bębny, masa ludzi, jakieś przedstartowe fotki, ostatnie sikanie przed biegiem. Sygnał do startu, ruszamy. Na początku spokojnie, powoli, szybsze
zbiegi, a właściwie na razie szybsze zbieżki. Po chwili robi mi się w kurtce ciepło, więc zdejmuję
i wieszam na biodrach. To bardzo ważne, żeby dobrze rozłożyć masę, bo w kieszeniach mam poupychane batoniki,
żel oraz chustkę i czapkę. Nie może mi nic dyndać, przeszkadzać. Konrad też się rozbiera w biegu, ale nawet
na chwilę nie daje mi potrzymać camel-baga. Droga wydaje mi się znajoma, jakoś szybko docieramy do Duszatyna,
a stamtąd zaczyna się atrakcyjnie - droga jest błotnista. Momentami idziemy gęsiego jakąś wąską ususzoną ścieżką
czy po pniu drzewa. Ale buciory i tak nabrały błota, zresztą inne części ciała również. W pewnym momencie
Konrad schodzi z drogi w las, tam gdzie faktycznie prowadzi czerwony szlak i woła mnie do siebie.
Trudno, idę. Parę osób z nami walczy z krzaczorami, reszta jednak dołem walczy z błotem. W końcu
nasze drogi się spotykają. Konrad mnie przeprasza. Nie ma za co, było fajnie. Zaczynamy się już lekko wspinać. Nadal
jednak trzeba głównie gęsiego. Widzę koło nas znajomych. Dochodzimy do Jeziorek Duszatyńskich - właściwie tak skupieni
byliśmy na ścieżce, że o mało ich nie minęliśmy bez kontaktu wzrokowego. Ale ja pamiętam to miejsce
z ubiegłego roku, więc wiem, kiedy należy na nie łypnąć okiem. Mam tu nawet fotki zrobione rok temu przez Konrada.
Zaczyna się pierwsze poważniejsze podejście - pod Chryszczatą. Potem lekko się wypłaszcza, więc na ścieżce robi się
luźniej - nareszcie. Naprawdę zaczynam z przyjemnością biec, gdy nie depczę wciąż komuś po piętach - swoje tempo,
swój rytm. A Konrad się dostosowuje, właściwie biegnie przy mnie lub za mną jak cień. Ścieżka wydaje mi się dziwnie
znajoma. Nagle znajoma wydaje mi się postać kierująca na nas oko swojego aparatu fotograficznego - to Wasyl! Ja cudnie!
Gdzie on się tu wspiął? Uśmiechamy się. Jeśli jest Wasyl, to za chwilę będzie pierwszy przepak. Jeszcze kolejny aparat
fotograficzny - tym razem Małgosia. Jak miło! Lekko w dół i jest - Przełęcz Żebrak. Na pierwszym przepaku witają nas organizatorzy - Mirek i Jarek.
Zgłaszam dotarcie drużyny nr 3, rzucam się na kubki z napojem izotonicznym. Rozglądam się, widzę wokół znajomych,
wymieniamy ze sobą kilka słów i już się odmeldowujemy. Ruszamy na nasz drugi etap. Chwila pod górę - zaczynam jeść. Konrad nie zabrał ze sobą rozpiski
z międzyczasami z poprzedniego biegu, ale ja pamiętam nasz poprzedni czas międzyczas z Żebraka. Jesteśmy
o 3 minuty do przodu. Niby jest lepiej, ale dla siebie zachowuję wspomnienie, że wtedy mieliśmy przerwę na sikanie
przed pierwszym przepakiem, a teraz trzeba będzie zrobić za. Pytam Konrada, czy dobrze usłyszałam na Żebraku, to
co usłyszałam. Potwierdza - przed nami nie ma żadnej kobiety. W tej kwestii rozumiemy się bez słów. Wiem, że od
tej pory będzie mi tym wiercił dziurę w brzuchu i przypominał przy każdej chwili słabości. Ale za wcześnie,
aby się z tego cieszyć - przed nami jeszcze tyle kilometrów, wszystko się jeszcze może wydarzyć. Doganiamy
zaprzyjaźnioną drużynę Dziady Kabackie. Właściwie Kubę minęłam zupełnie go nie poznając od tyłu, ale Przemek akurat się
odwrócił. Pytam jaki mają numer drużyny, bo nie widzę przypiętych kartek. "91"- odpowiada Przemek. "Aha - to ni
przypiął, ni przyłatał" - komentuję. "W istocie!"- kwituje Przemek wyciągając z kieszeni złożoną we czworo kartkę.
Śmiejemy się i ruszamy dalej żwawiej proponując Przemkowi, żeby na razie forsował tempa, bo wydaje się, że jest za
ostro dla Kuby, który został trochę z tyłu. Tu biegnie się zupełnie fantastycznie. Jest naprawdę luźno. Można
spokojnie zrobić przerwę na sikanie bez potrzeby zbytniego oddalania się ze ścieżki. Droga faluje, my zmieniamy tempo -
w górę podchodzimy, na płaskim i w dół zbiegamy, wciąż jesteśmy w lesie. Nagle zaczyna się ostry
zbieg w dół - już wiemy, że pewnie zbliżamy się do końca odcinka. A utwierdzamy się w tym, gdy widzimy wyciąg
narciarski. W tym roku zbiega się trochę łatwiej, bo nie jest tak ślisko jak poprzednio, ale nachylenie zbocza
jednak się nie zmieniło. Ja sfruwam w dół z okrzykiem radości. Zupełnie nie wiem dlaczego akurat teraz, ale
właśnie napłynęła na mnie jakaś niesamowita fala optymizmu, szczęścia. Być może winę ponosi za to słońce, które się
wychyliło zza mglistych chmur. Nagle orientuję się, że zbiegając musiała mi wypaść z ręki niebieska chustka, którą
pożyczyłam od córki. Moment zawahania - cofać się po nią czy nie? Ale ponieważ nie wiem tak dokładnie, kiedy mi mogła
wypaść, a wzrok Konrada nakazuje mi zbagatelizować tę stratę, więc lecimy dalej. Już mijamy jakieś domy, wbiegamy
na wyasfaltowaną drogę (jestem pewna, że w ubiegłym roku była to droga szutrowa), a naprzeciw nam jedzie
uśmiechnięty Wasyl na quadzie, strzela fotki, więc chwytamy się za ręce, tak jak zrobiliśmy to w tym samym miejscu
rok temu. Jeszcze tylko kilka słów prośby do Wasyla - gdyby zobaczył tę moją zgubę, to proszę, aby zabrał. Biegniemy,
mijamy miejsce, gdzie rok temu był drugi przepak - wiemy, że teraz jest trochę dalej. W końcu docieramy do Cisnej. Akurat Mirek wyjeżdża autem, ale na
nasz widok zatrzymuje się i żartuje, że może nas zabrać, będziemy szybciej. Witamy się z obsługą punktu,
gdzie króluje Kuba - ja rzucam się od razu na ptasie mleczko, napoje izotoniczne i wodę. Wokół paparazzi pstrykają
fotki, więc proszę ich, aby na chwilę przestali, bo chcę zmienić koszulkę i nie mam zamiaru reklamować niebiegowej
bielizny. Obmywam twarz wodą, biorę jakieś batony energetyczne, banana z własnego worka. Konrad już uporał się
z uzupełnieniem izotonika w camel-bagu, więc dziękujemy obsłudze punktu w Cisnej i żegnamy się.
Lecimy dalej. Znamy tę drogę, więc nie musimy błądzić, choć łatwo tu stracić
szlak, gdy jest się pierwszy raz. Tory, za torami w las, potem przez drogę, tu spotykamy drużynę z Rzeszowa.
Chyba mam jakieś omamy wzrokowe, bo czytam na głos napis na ich koszulce i pytam co za aromaty reklamują. "To
Agroma, a nie Aroma" - poprawiają mnie rzeszowianie - "ciągniki i traktory". "Ech, przydałby się teraz jakiś
dobry ciągnik" - kwituję, bo zaczyna się strome podejście pod Małe Jasło. A zatem rozmowa się rozmywa w ciężkich
oddechach. Suniemy ciężko, po jakimś czasie wyciągam batonika, którego zabrałam z Cisnej, dzielę się z Konradem
i zaczynamy żuć. Smak jabłkowo-cynamonowy. Konrad mówi, że przypomina mu świąteczny piernik, ja - że szarlotkę
z cynamonem i kruszonką. Wspomnienie domowych wypieków ogrzewa nam serca a zarazem odrywa myśli od
wysiłku i zmęczenia, które czujemy. Wychodzimy na małą połoninkę. Pamiętam, jak rok temu w tym miejscu
wykrzyknęłam z radości wychodząc w końcu z lasu i widząc pasma gór przed sobą. Teraz nic nie widać,
bo jesteśmy w chmurach. Doganiamy jakąś grupkę chłopaków. Tu trasa jest pofalowana, wbiegamy i zbiegamy, więc
mijamy się z nimi - na podbiegach idę wolno, więc chłopcy mnie wyprzedzają, na zbiegach ja spadam w dół
szybciej, więc wychodzę na prowadzenie. Mgły przelewają się przez małe przełęcze, tworzy to niesamowity klimat.
W końcu chmury lekko się rozstępują, więc oglądam się za siebie i namawiam innych, żeby popatrzyli jak
pięknie. Chłopcy idą gęsiego po górkę, a ponieważ każdy w innym stroju to tworzą kolorowy korowód. Zbliżamy
się do okrągłej góry, więc myślimy, że to już Okrąglik, gdzie jest granica polsko-słowacka. Ale nie, to jeszcze nie to.
Jakaś kopuła z drogowskazem, że do Okrąglika jeszcze 3/4 godziny. Biegniemy zatem dalej. Ale jakoś szybko
docieramy do tego miejsca, gdzie rok temu robiliśmy sobie z Konradem fotki i rozglądaliśmy się za właściwą
drogą - w tym miejscu jest także drugi czerwony szlak, który prowadzi na słowacką stronę - trzeba uważać. My nie
musimy, wiemy gdzie biec, więc tym razem bez zatrzymywania lecimy w dół. Tak jak rok wcześniej w tym samym
miejscu stoi GOPRowiec - pozdrawiamy się i lecimy dalej wraz z całą grupką "kolorowych gąsek". Znów tak samo
- trochę w górę, trochę w dół, z tym, że teraz na ścieżce więcej błota i musimy to jakoś omijać.
W końcu droga robi się bardzo błotnista i prowadzi ostro w dół. Wybiegamy na bok, w jakieś chaszcze
i spadamy. Spadamy, spadamy, spadamy. Mijają nas turyści, których do tej pory nie widzieliśmy - no tak, wszak
dopiero zaczyna się dzień, jest dopiero przed godz. 11. Dobiegamy do drogi. Widzę, że Konrad się waha patrząc
w prawo, ale ja bez zatrzymania lecę w lewo. Znów z grupką chłopaków docieramy do miejsca, gdzie
czerwony szlak skręca w prawo przez las, ale oznakowania "Bieg Rzeźnika" są bardzo wyraźne i my też wiemy
z mapki, że mamy teraz biec drogą. Na razie jest fajnie, nogi po stromym zbiegu trochę odpoczywają
w truchcie, mokra koszulka schnie na słońcu, można się spokojnie napić. Jeden zakręt, drugi, trzeci... Oj, trochę
się ta droga długo ciągnie. Zza każdego zakrętu wyglądam, czy to już jej koniec, czy jeszcze... Mijamy polankę,
skręcając w prawo. Słońce już mocno daje się we znaki. Muszę przejść do marszu. Widzę, że towarzyszący nam chłopcy
przyjmują to ochoczo i też maszerują. Jestem znużona, ale droga prowadzi w dół, więc znów podrywam się do
truchtu. Chłopcy również się mobilizują. Trochę się chwilami mijamy, ale zaczynamy czuć zmęczenie i przerwy na
marsz wydają się koniecznością. Już sama nie wiem jak oderwać się od monotonii tej drogi - na zmianę zakładam
i zdejmuje czapkę, zakładam i zdejmuję okulary przeciwsłoneczne. W końcu czuję, że nie daję rady. Pytam
Konrada, czy ma może jakiś żel, bo chyba mam kryzys energetyczny. Konrad żelu nie ma, ale znajduję czekoladowy batonik
- super - zadziała natychmiast. Jeszcze tylko pić. Zresztą izotonika mamy jeszcze sporo, a punkt nie powinien być
daleko - po co to taszczyć, trzeba wypić, będzie lżej. Z naprzeciwka idzie turysta, który mówi, że otwieramy drugą
dziesiątkę drużyn. To napawa jakimś optymizmem, ale chwilowym. Jakoś tam jednak posuwam nogami. Konrad próbuje mnie
pocieszyć mówiąc, że mamy już za sobą połowę, licząc odcinek hard-core. Ewidentnie ubiegłoroczny kryzys 53-go kilometra
dopadł mnie już na 51-szym kilometrze. "Wiesz, Konrad, ja nie dam rady dziś zrobić hard-core´a". "Na razie nic
nie przesądzaj, o hard-core pogadamy w Ustrzykach" odpowiada mój partner. Zbiera mi się na płacz. Czy ta
droga nie ma końca? Żałuję, że nie mam teraz pod ręką mapy, a szkoda się zatrzymywać i szukać. Zaczynam
cichutko buczeć. Widzimy w oddali jakąś drużynę. Oni też nas widzą, więc przechodzą z marszu do biegu. My też
biegniemy. Taka mikro-rywalizacja jest przynajmniej jakimś urozmaiceniem monotonii. W końcu widzimy jakieś
zabudowania, ludzi, fotografa, drogę, którą przebiegamy, potem most i parking, na którym zorganizowany jest trzeci
przepak - Smerek. Zanim dobiegam do przepaku już słyszę okrzyki "Jest pierwsza
dziewczyna! Witamy pierwszą kobietę!". Łzy cisną mi się do oczu już pełną parą, wykrzywiam twarz w jakimś grymasie
niby-uśmiechu i resztkami godności staram się powstrzymać od płaczu. Wpadam wprost w objęcia mojego Taty,
który jest tu na przepaku wolontariuszem. Na moment rozklejam się. Tato pyta jak się czuję. Widzę, że jest zarazem
zaskoczony moim
widokiem, jak i zatroskany, a równocześnie dumny. Mówię tylko, że jest ciężko, ale dam radę. Proszę go
o kawę z termosu, który jest w samochodzie. Wolontariuszka daje mi dwa worki opisane naszym numerem
drużyny. Oddaję jeden i mówię, że to nie nasz,ktoś musiał się pomylić wpisując trójkę. Obsługa proponuje mi bułki
z dżemem lub szynką. Wolę swoje - wyciągam z wora bułkę z serem i sok wielowarzywny, leję do kubka
gorącą, słodką lurę, żeby trochę przestygła. Tato proponuje żebym usiadła na krześle, ale ja staję w cieniu
opierając się o budkę i przyglądam się temu co tu się dzieje. Wpada następna drużyna, widzę, jak Tato jest
zaangażowany - biegnie po worek, dopytuje się o samopoczucie, czy zawodnicy czegoś potrzebują, pokazuje gdzie
kanapki, gdzie krzesło - jestem bardzo wzruszona, zaskoczona i dumna - świetnie się tu spisuje i jest
naprawdę potrzebny. W końcu wypijam kawę, bo widzę, że Konrad już gotowy do drogi, żegnam się z Tatą
i resztą obsługi, odmeldowuję drużynę i ruszamy w górę. Ruszamy we trójkę - dołączył do nas Bartek, syn Konrada. Droga choć
w górę, to jednak przyjemna, bo w lesie, w cieniu. Bartek młody, szybki, świeży skacze jak młody
koziołek, ja sunę wolno, coś tam jeszcze przegryzam, Konrad spokojnie komentuje, że nie mam się co stresować tempem
Bartka, bo on nie ma za sobą ponad pięćdziesięciu kilometrów. Mężczyźni rozmawiają, ja tylko sapię. To miłe
urozmaicenie naszej dotychczasowej wędrówki, którą w sporej części przemilczeliśmy. Wyprzedzają nas dwie drużyny -
Maciek i Michał z Byledobiec Anin oraz Eugeniusz i Andrzej z drużyny Miechów. Mają kijki
i zapychają pod górę jak automaty - równo, rytmicznie. Widać, że trochę się ze sobą ścigają. My wolniej. Ja
napawam się chłodem lasu. Wiem, że niedługo znów wyjdziemy na patelnię. Wchodzimy do Bieszczadzkiego Parku Narodowego.
Przypominam sobie drzewko, pod którym rok wcześniej sikałam. Proszę chłopaków, żeby poszli przodem, dogonię ich,
potrzebuję teraz chwili intymności. Czuję się tu tak swojsko. Nawet nie wiedziałam, że pamiętam tę trasę tak dobrze.
W końcu wychodzimy na otwartą przestrzeń. Momentalnie robi się upalnie. Przed nami stroma wspinaczka pod Smerek.
Widzimy przed sobą pomarańczową koszulkę Byledobieca już prawie na szczycie. Idę, idę. Mówię, że nie dam rady zrobić
dziś hard-core. "O tym porozmawiamy w Ustrzykach" mówi Konrad. Widzę na kamykach mnóstwo błyszczących pancerzyków
żuczków. Mój towarzysz też to widzi i mówi, że ktoś mi przysyła teraz pozdrowienia - wiadomo, biegowa przyjaciółka
Ela. Myślę teraz o przyjaciołach z Lasu Kabackiego, o tym, że na pewno teraz o mnie ciepło myślą
i pewnie trzymają kciuki - to mi dodaje sił. Gdy wdrapujemy się na szczyt Smereka okazuje się, że strasznie wieje.
Wciągam na siebie kurtkę, która łopocze jak flaga na wietrze. Mimo słońca jest znacznie chłodniej. Biegniemy granią,
szybko mijamy Przełęcz Orłowicza, dalej Połonina Wetlińska. Tu przy niewielkim podejściu potykam się o kamień
i ląduję miękko na ziemi. Konrad odwraca się i spogląda na mnie pytającym wzrokiem. Mówię, że Zbyszek (zet)
prosił, aby ucałować od niego Połoninę, co niniejszym czynię. Za chwilę po namyśle dodaję, że chyba jednak chodziło mu
o Caryńską. Konrad prosi, abym już nic nie całowała, że na pewno i Zbyszkowi i połoninom, a przede
wszystkim mnie wystarczy ten jeden raz. Śmiejemy się i lecimy dalej. Bartek bardzo odbiega nam do przodu - trochę
się nie dziwię, chyba jest mu zimno w koszulce bez rękawów. Konrad czasami znika gdzieś z tyłu, więc muszę go
nawoływać. Okazuje się, że ma jakieś kłopoty z brzuchem, ale jakoś mnie dogania. Znów te okropne kamienie, ale na
szczęście na ścieżce nie ma takich tłumów jak ostatnio. Nie trzeba się przeciskać, żeby minąć, nie trzeba miliony razy
mówić "Cześć!", wystarczą dziesiątki. Bez zatrzymania mijamy Chatkę Puchatka, w której rok temu musieliśmy dokupić
butlę wody, bo nam zabrakło. Pozdrawiamy tylko GOPRowca i widząc, że coś notuje głośno krzyczę numer drużyny. Jest
też fotograf, to staram się o nienajgorszy wyraz twarzy. W końcu zaczyna się zbieg i wiem, że teraz
będzie tylko w dół, w dół, w dół. Byłoby nieźle, gdyby nie to, że tam są schody. Schody zupełnie
niedostosowane do zbiegania, a być może w ogóle do schodzenia. Na schodach akurat jakaś mega-wycieczka.
Słyszę rozmowy po polsku, angielsku i chyba niemiecku (potem dopiero dowiem się, że to prawdopodobnie jakaś
wycieczka integracyjna polsko-holenderska). "Excuse me!" - krzyczę i spadam, ale ludzie odgradzają mnie od poręczy
- próbując uchwycić równowagę łapię czasami kogoś za rękę, torbę, biust... Mijamy Byledobieców i Miechów, spadamy,
spadamy... Kiedy widzimy już z daleka drogę wiemy, że już blisko przepak. Na jakimś mosteczku fotograf robi nam
zdjęcia, wpadamy na Mikołaja, meldujemy drużynę na przepaku w Berehach. Tu właściwie nie ma co robić. Piję izotonik i wodę. Konrad
wyciąga wkład do plecaka i pokazuje, że zostało nam jeszcze prawie połowę objętości. Mówię, ze nie warto
dopełniać, bo przecież przed nami tylko 9km, na punkcie się opijemy, w trasie nie zużyjemy dużo, to co jest
wystarczy. Z wora nic nie chcę. Biorę jeszcze od Mikołaja puszkę napoju energetyzującego, jakiś batonik i już
czekam na chłopaków. Minę mam nieciekawą, bo Konrad nie pozwala mi ruszyć bez niego. A więc czekam obserwując, jak na
przepak wpadają goniące nas drużyny. W końcu możemy ruszać, żegnamy się i pniemy się w górę.
Czuję jak chlupocze mi w żołądku, bo dość dużo wypiłam. Znów coś podjadam, przeżuwam. W końcu otwieram puszkę
napoju i popijam małymi łyczkami dzieląc dawkę na całe podejście. Po chwili mija nas drużyna Miechów. Andrzej
idzie z tyłu i narzeka na skurcze. Ale mimo wszystko daje pod górę szybciej od nas podpierając się kijkami.
Po chwili mijają nas Byledobiece z radosnym wojennym okrzykiem "Napieramy!". Mam ochotę odkrzyknąć "Ślimaczymy!",
ale szkoda mi oddechu, więc mruczę coś pod nosem. Chłopcy idą jak maszyny, a ja znów jak rok temu obiecuję sobie
w duchu, aby poćwiczyć chodzenie z kijkami, żeby szybciej pokonywać odcinki pod górę. Znów przed dojściem do
Caryńskiej widzę masy żuczków na ścieżce. Na połoninach znów wieje potwornie. Biegniemy widząc dwie drużyny już tak
daleko przed nami, że wydaje nam się bez szans dogonienie ich. Ale nie poddajemy się, walczymy przede wszystkim
z czasem. Gdy nareszcie zaczyna się zbieg widzimy drogowskaz z napisem "Ustrzyki Górne 1 h". Pytam Konrada
o czas. Żeby zdążyć na godz. 16-tą musimy to zrobić poniżej pół godziny. Zastanawiam się czy to jest realne.
Wskazówki turystyczne nie są żadną wykładnią, ale chyba nie zbiegamy dwa razy szybciej niż schodzi przeciętny turysta.
Znów lecimy po jakiś dziwnych ni-to-schodach. Ja jęczę sobie po cichutku przy każdym kroku, bo kolana
i czworogłowe już bolą przy tym niemiłosiernie. Lecimy w dół na zabój. W pewnym momencie nie wierzę
własnym oczom - dogoniliśmy Byledobieca - a skoro jego, to mamy z głowy całą drużynę. "A jednak!" - słyszymy,
gdy go mijamy. "Powodzenia!" odkrzykuję i widzę, że i drugi z drużyny jest w zasięgu kilkunastu
sekund. A za chwilę doganiamy Miechów. Konrad krzyczy do nich "Z drogi, Panowie! Tu chodzi o rekord świata
kobiet". Widzę ich zdumienie. Pędzimy jeszcze, aż w końcu widzę, że jesteśmy poza zasięgiem ich wzroku, więc
zwalniam trochę, bo łapie mnie kolka. Konrad zachęca jednak do utrzymania tempa. "Kol-ka! Kol-ka! Kol-ka!" krzyczę przy
każdym kroku, ale rzeczywiście nie ma już co zwalniać, bo las jakby się przerzedza, już widać jakiegoś fotografa, musi
być blisko, słyszymy bębny. Przebiegamy przez jakiś drewniany pomost. Widzimy przed sobą jeszcze jedną drużynę. Choć
wydaje się nierealne dogonić ich przez metą, to jednak mimo wszystko próbujemy. Oni tez nas widzą, więc przyspieszają.
Rzucamy się sprintem, choć już teren się wypłaszczył. Jakiś zakręt, na którym błoto - zamiast ominąć bokiem lecę prosto
zapadając się w nim lewą nogą prawie po kostkę. Ale już nie myślę o oszczędzaniu. Jakieś schody i już
widać po prawej wielką bramę mety. Nie korzystam, wbiegam na górkę obok schodów. Teraz jak najszybciej do mety. Jeszcze
chwila. Chwytam Konrada za rękę, Konrad łapie Bartka i ... jest!!! Ukończyliśmy V Bieg Rzeźnika w czasie 11:52:27 jako 7 drużyna
na mecie i pierwsza, w której składzie była kobieta. Od momentu mijania drogowskazu "Ustrzyki Górne 1 h"
minęło zaledwie 20 minut. Tuż za metą wpadam wprost w objęcia organizatorów - najpierw Jarka, zaraz potem Mirka,
który wiesza mi na szyi wielki, ciężki gliniany medal na konopnym sznurku. Potem ląduję w objęciach mojego Taty.
Jak dobrze, że jest tu teraz. Odbieram gratulacje od wszystkich zebranych, ja też chłopakom gratuluję - w końcu
skoro doszli tu przede mną, to są ode mnie lepsi. Po chwili dobiega drużyna Miechów. Też szybko ustawiam się przy
mecie, aby im podziękować za walkę na trasie i pogratulować. Mirek częstuje mnie piwem, ale odmawiam, bo... Konrad
pyta, czy idziemy na hard-core´a. "Oczywiście! Nie ma o czym gadać!" Szybko rozglądam się za czymś do picia,
widzę też leżącego na stole banana - pytam czy mogę - mogę. Jeszcze jakieś batoniki. Konrad tankuje izotonik. Michał
Karniłowicz z drużyny OTK Rzeźnik/Spiral.pl, którą goniliśmy w końcówce już zasiadł przy gulaszu, ale na
wieść o tym, że idziemy dalej pyta, czy może iść z nami. "Oczywiście, ale się pospiesz, bo zaraz ruszamy."
"Dobra, to tylko zjem mięso" - odpowiada Michał i szybko wyławia co większe kawałki. Zdejmuję medal i wieszam
go na szyi Taty. Wyrzucam z kieszeni wszystkie papierki - te moje i te zebrane po drodze ze ścieżki.
Dowiadujemy się, że przed nami poszła już jedna 2-osobowa drużyna Strażacy-Reaktywacja. Wyruszamy na dalszą wędrówkę. Najpierw jeszcze drogą asfaltową
idziemy spokojnie, towarzyszy nam Jarek jadąc obok samochodem, żartujemy sobie, jesteśmy rozmowni. W końcu żegnamy
Jarka i wchodzimy do lasu. Mówię chłopakom, że już nie zamierzam biec, nie ścigam się z czasem, niech sobie
nie myślą, że będę się wysilać. Od teraz robię sobie wycieczkę po górach, bo bardzo jestem ciekawa jak jest dalej.
Konrad odpowiada, że trochę to będę musiała biec, żebyśmy zdążyli przed nocą. Ale na razie to nie ma o czym mówić,
bo aktualne podejście z pewnością wyklucza bieg. Michał i Konrad rozmawiają idąc przodem, ja korzystam
z poręczy i staram się na nich trochę podciągać. Gdy w końcu wychodzimy z lasu Konrad pyta, czy
słyszę bębny i pokazuje mi Ustrzyki. Ale daleko! Najpierw mówię, że słyszę tylko jak mi tętno wali
w skroniach, ale po chwili rzeczywiście są i bębny. Przed nami Szeroki Wierch. Na łagodnych wypłaszczeniach
i fragmentach w dół jednak podrywam się do biegu. Wieje znów okrutnie na otwartej przestrzeni. Widzę już
pięknie od tej strony oświetlony słońcem odrębny kopiec po prawej stronie - to Tarnica, najwyższy szczyt Bieszczadów.
Mijamy ją nie wchodząc na szczyt, ale obiecuję sobie, że kiedyś tu przyjdę, specjalnie dla niej. Schodząc w dół do
przełęczy widzimy przed sobą dwie zielone koszulki drużyny, która wyszła przed nami. Biegnąc trochę się do nich
zbliżamy. Oni chyba też nas widzą i jakby przyspieszają. Teraz już przecież się nie ścigamy, fajnie byłoby iść
razem, ale mnie zaczyna dotykać kryzys. Nie chcę już zbiegać. Konrad bardzo mnie do tego namawia, a ja momentami
nie umiem się do tego zmusić. Trawersujemy, a ja idąc czuję jak mnie boli brzuch. Konrad chce mnie poić
i karmić, ale nic nie mogę przyjąć, bo mam jelita wraz z żołądkiem związane na kokardkę. Podchodzimy pod
Rozsypaniec, ja zaczynam szlochać, na chwilę kucam i zwijam się w kłębek. Konrad mnie pogania. Teraz ścigamy
się ze słońcem, które niebawem zajdzie. Rzeczywiście jest już nisko, rzuca pomarańczowo-różową poświatę na okoliczne
góry. Widoki są cudne, a ja boję się tego wiatru, który najwyraźniej chce mnie zrzucić ze ścieżki. Zaczynam
wydawać z siebie wściekłe pomruki. Wciąż nie wiem jak daleko jeszcze do tej drogi, na którą czekam
z utęsknieniem. Jeszcze jedna górka. I jeszcze jedna. I jeszcze jedna...W końcu Konrad pokazuje, że już jest
droga, za skałą. Puszczam chłopców przodem, muszę się wysikać. Kucając czuję straszliwy ból kolan i mięśni
czworogłowych, ale na chwilę rozluźniam brzuch. Chciałabym tak zostać, ale wizja drogi, która jest nieopodal jest
bardzo kusząca. Nareszcie do niej dobiegamy, wiatru już nie ma, teraz już nie boję się, że się zatoczę i spadnę
w przepaść - najwyżej na trawnik obok. Najpierw trochę biegniemy, ale po chwili przechodzę do marszu,
a Michał i Konrad wraz ze mną. Konrad łaskawie pozwala mi na takie momenty, ale za chwilę znów popędza.
Zaczyna padać deszcz, więc ze strachu przed hipotermią znów zmuszam się do biegu. Opad był jednak krótki, a ja
jestem coraz słabsza i coraz bardziej kręci mi się w głowie ze zmęczenia, więc marsz. Droga ciągnie się
i ciągnie. Nie wiemy ile ma kilometrów. Chcę już dzwonić do Taty, żeby mu powiedzieć, że jesteśmy już na końcówce,
ale telefon nie ma zasięgu. Konrad pociesza mnie, że gdy biegł dwa lata temu z kosmicznymi Braćmi Celińskimi, to
oni już też nie chcieli po tej drodze biec. Staram się maszerować szybko. Szukam kępek traw przy pokruszonym starym
asfalcie, aby nie narażać stóp i kolan na twarde uderzenia, które są niezwykle bolesne. Droga jest w wąwozie,
dlatego telefon nie ma zasięgu i zaczyna się robić szaro. Denerwuję się, bo wiem, że Tato się o nas martwi
i pewnie też próbuje do nas już dzwonić. W końcu w oddali widzimy "białą beczkę" - tak nazywam auto
mojego Taty. Stoi w miejscu, gdzie zaczyna się lepsza nawierzchnia, taka prawdziwa droga asfaltowa. Widzę Tatę
i obok auto straży granicznej. Dobiegamy do niego, ale mijamy tylko okrzykiem, że jeszcze musimy kawałek, do końca
szlaku. Tato chciał dla nas dobrze i podjechał możliwie najbliżej łamiąc jednocześnie zakaz wjazdu, którego nie
zauważył i wpakował się w kłopoty. Idziemy dalej, robi się już ciemnawo. W końcu widzimy w oddali
budynki i Konrad z Michałem mówią, że koniec/początek czerwonego szlaku beskidzkiego jest już blisko - tam
gdzie światełko. Podrywa mnie to do biegu, panowie ruszają także - ból, jaki teraz czujemy jest okropny, ale wrażenie
niesamowite, bo od tyłu podjechał już do nas Tato i reflektorami oświetla asfaltową drogę, na której tańczą cienie
naszych umęczonych nóg. Biegniemy radośnie, bo oto zbliża się koniec naszej dzisiejszej wędrówki. Z Komańczy
wyruszyliśmy o godz. 3.55, by po 16 godzinach 47 minutach i 3 sekundach razem stanąć pod drogowskazem
"Początek/Koniec Czerwonego Szlaku Beskidzkiego" w Wołosatym. Robimy sobie kilka pamiątkowych zdjęć. Okazuje się, że obok słupka
zawinięci w termoizolacyjną folię leżą Tomki z drużyny Strażacy-Reaktywacja. Zastanawiamy się, jak się
w szóstkę zmieścić do auta, którego bagażnik jest wciąż wypełniony workami z przepaku w Smereku. Na
szczęście podjeżdża wóz straży granicznej, która wcześniej legitymowała Tatę - dzięki tej akcji panowie mundurowi już
wszystko wiedzą o Biegu Rzeźnika, wiedzą o hard-core, więc bez problemu spełniają naszą prośbę
o podwiezienie Tomków do Ustrzyk, skąd zabiorą się do Woli Michowej transportem organizatorów. My jedziemy
z Tatą, a droga dłuży się strasznie. Aż nie możemy uwierzyć, że dziś pokonaliśmy jej równoległy wariant po
górach. W końcu dotarliśmy do Woli Michowej. Strasznie nami trzęsie,
ubieramy wszystko co jest do ubrania i po paru minutach udaje się opanować hipotermię. Kąpiel w letniej
wodzie (znów się trzęsę), strasznie bolą mnie czworogłowe, wciąż mam ściśnięty brzuch - nie mogę nic zjeść ani wypić,
żeby nie zwymiotować. Inni zajadają się kiełbasami, karkówkami, a ja po łyku staram się wchłonąć trochę wody
i herbaty. Wiem, że powinnam jeść, więc masuję brzuch i zmuszam się do paru łyżeczek kaszy kus-kus
z tuńczykiem i sokiem wielowarzywnym. W końcu się poddaję, owijam szczelnie w koce, ręcznik
i kaptur na głowę, zwijam się w kłębek, zaraz zasnę. Wchodzi Konrad:
- Basia, wstań, zaraz jest dekoracja. Mirek Cię zaprasza. Trzeba coś zjeść, wypić. Idziemy!
- Nie. Konrad, ja chcę spać, jestem umordowana, sam wiesz. Telepię się, zimno mi. Jeśli możesz chodzić to idź
i reprezentuj naszą drużynę podczas dekoracji. Zlecam Ci to jako kapitan. Ja nie chcę tam iść i nie dam
rady.
- Basia, co Ty mówisz? Przecież do dekoracja. Dokonałaś czegoś niezwykłego. Nie wypada teraz nie pójść. Mnóstwo ludzi
o Ciebie pyta, składają gratulacje Twojemu tacie. Tato jest dumny jak nie wiem. Chodź!
- Nie, Konrad. Ja nikogo nie obchodzę, teraz każdy sam przeżywa swój bieg i ja to rozumiem, tak właśnie powinno
być. Mnie w tej chwili też mało obchodzą inni, wystarczy mi wiedzieć, że znajomi dali radę i ukończyli. To
cieszy. Ale kto pierwszy, a kto ostatni - co za różnica? Jeśli Tato ze mnie dumny, niech on idzie na dekorację
w moim imieniu - w końcu należy mu się to za trud wychowania swojego niesfornego dziecka. Jestem zmęczona,
zimno mi, boli, chcę spać. Chyba mi się to należy po takim wysiłku, prawda? Nigdzie nie idę.
- Tak nie można. Nie wypada. Znajdziesz jeszcze siłę, żeby wstać. Na pewno. Trzymaj fason do końca. Nie lekceważ tych,
którzy tam na Ciebie czekają. Jest tak miło, wspaniała atmosfera. Chodź! Zaczynam płakać. Ale gramolę się z łóżka. Idę, czy raczej sunę
boso po zimnej trawie. Tak mi najlepiej. Wołają mnie na scenę. Nie daję rady wejść po drewnianych schodach. Ktoś mi
podaje rękę, pomaga. Wręczenie trofeum za ustanowienie rekordu trasy przez kobietę (prostuję, że przez parę mieszaną),
drugie za zrobienie dodatkowego odcinka hard-core, uściski rąk. Dostaję piękny album o cerkwiach. Schodzę - znów
mi ktoś musi pomóc. Zawijam się w koc i oklaskuję innych, składam podziękowania, przyjmuję gratulacje. Konrad
znów mnie napastuje:
- Przynieść Ci piwo?
- Nie, nic nie chcę. Dziękuję!
- Ale piwo Cię rozluźni, zresztą musisz się nawodnić.
- Nie dam rady nic przełknąć.
Konrad na chwilę znika, wraca z kubkiem pełnym piwa.
- Chcesz łyka?
Upijam odrobinę. Rozmowy. Podziękowania dla organizatorów i wolontariuszy.
- Może jeszcze łyczek?
Znów odrobinę upijam. I tak udaje mi się mniej więcej połowę opróżnić. W końcu zbieram się i człapię do
pokoju. Zasypiam. Jeśli chcecie wiedzieć jaki jest najlepszy rzeźnicki partner na
świecie, to jest właśnie taki jak napisałam powyżej. Potrafi tak pięknie mną manipulować, że i tak zrobię to, co
on uważa za słuszne. Jeśli trzeba było napierać na ostatnim odcinku na Halicz i do Wołosatego, a ja nie
dawałam rady, to tak długo ględził, aż w końcu zmuszałam się do wysiłku. Dziękuję Konrad! Nasz sukces to ogromna
Twoja zasługa. Suplement: List od Konrada
Oczywiście nie byłbym sobą gdybym nie podsumował Rzeźnika. Porównanie tych tras jest trudne tak samo jak trudne jest
dokładne wyliczenie dystansu. Liczyłem z mapy 1:50 000 (czyli 1mm=50m) co daje maksymalną dokładność 100m.
Oczywiście biorąc pod uwagę fakt, że mapa nie oddaje ani wszystkich zakrętów, ani tym bardziej różnicy wynikającej
z pokonywanych wzniesień to co wyliczyłem jest z pewnością zaniżone. Uważam jednak, że mimo wszystko daje to
jakiś miarodajny obraz:
| Punkt | 2007 | 2008 |
| Dystans | Odcinek | Czas | Tempo | Dystans | Odcinek | Czas | Tempo
th> |
| Żebrak | 16,70 | 02:18:50 | 02:18:50 | 08:19 | 16,70 | 02:15:38 | 02:
15:38 | 08:07 |
| Cisna | 14,90 | 01:55:10 | 04:14:00 | 07:44 | 15,40 | 01:56:55 | 04:1
2:33 | 07:36 |
| Smerek | 19,50 | 02:47:00 | 07:01:00 | 08:34 | 24,00 | 03:17:23 | 07:
29:56 | 08:13 |
| Berehy | 15,20 | 03:15:00 | 10:16:00 | 12:50 | 12,70 | 02:42:00 | 10:
11:56 | 12:16 |
| Ustrzyki
Górne | 8,90 | 01:52:45 | 12:08:45 | 12:40 | 8,90 | 01:40:32 | 11:52:28 | <
td>11:18
| Wołosate | | | | | 23,00 | 04:54:35 | 16:
47:03 | 12:48 |
Trudno jest porównać ponieważ praktycznie punkty poza Startem,
Przełęczą Żebrak i metą w Wołosatym zostały przesunięte. Różnice w Berehach i Ustrzykach uznałem za
pomijalne i w zasadzie nie możliwe do wyliczenia. W Cisnej wyszło mi przesunięcie 500m. Najtrudniej
obliczyć odcinek do Smerka. Uwzględniłem przesunięcie z Cisnej, wyliczyłem, że Mirkowa droga ma 8km, natomiast
szlak 5km co wydłużyło trasę o 3km dodatkowo uwzględniłem przesunięcie punktu na stoki Smerka (2km). Jak porównać
nasze oba biegi widać wyraźne podobieństwo i zbliżone tendencje. Niesamowitą różnicę widać na ostatnim odcinku
(Berehy-Ustrzyki), którego długość się nie zmieniła. W Berehach mieliśmy tylko cztery minuty zapasu (oczywiście
przy dłuższej trasie), dlatego liczyłem sie z tym, że nie damy rady złamać 12 godzin. Byłaś jednak w dużo
lepszej formie. W górę napierałaś naprawdę mocno, a rajd w dół to było mistrzostwo. Na tym krótkim
odcinku urwaliśmy z 12 minut. Dotychczas ten odcinek zajmował mi 1:47:50, 1:46:05 i 1:52:45, a więc
z Bogdanem pokonywałem go dużo wolniej.
Trochę spekulując pobawmy się w gdybanie. Gdyby założyć, bieg szlakiem zamiast drogą Mirka byłoby o 3km
mniej, na tym odcinku biegliśmy tempem 8:13 czyli można odjąć 23:39 co daje wynik 11:27:49, czyli na starej trasie
spokojnie złamalibyśmy 11:30:00. Mój najlepszy dotąd czas to 11:25:27 więc miałem rację mówiąc, że biegliśmy na
poziomie mojego rekordu trasy. Teraz po spekulujmy na temat hard-core. Mnie wyszło, że to jest 23km.
Z braćmi Celińskimi pokonałem ten odcinek w 04:14:45, czyli niecałe 40 minut szybciej, całość wyszła mi wtedy
15:40:12 - ale dystans był o 3km krótszy (zapisałem go jako 98,2). Według moich spekulacji na całości średnie
tempo wyszło 9:57 czyli nieco wolniej niż w poprzednio (9:41), ale nie można porównywać tak zróżnicowanych
odcinków, na hard-core dochodzi bardzo duża różnica wzniesień, Halicz to druga góra w Bieszczadach (1333m n.p.m.).
Gdy porównamy trasę podstawową z Komańczy do Ustrzyk to w tym roku średnie tempo wyszło 9:07 przy dodatkowych
3km.
Podsumowując, uważam, że dokonałaś rzeczy naprawdę niezwykłej, przygotowałaś się rewelacyjnie, a w samym
biegu wykazałaś się niezwykłym hartem ducha i niesamowitą zdolnością do walki z przeciwnościami, zmęczeniem
i samą sobą. |